archiwa


ciepło! a niby zima?

2011

órodziny, chrysmas, sylwejster jeden z theendów wybory. wyroby. zmiana ymydżu. bardzo. gównie malta unfall tu latajom chrabąszcze tu maiłam tu se popracowałam tu se poleżałam tu se pojechałam zimnowiec

2010

prezentowiec stopad dziernik we rzesień sierpień w sumie open'er póki co a tu tatusia maiłam z pomocą gdzieś maiłam mamusię kfiatnik maaaarzec luty styczeń

2009

brudzień listwopad pierdzielnik rym do jesień król stanisław kolejny rypiec mojego życia z diuny -iec pszczółek maj plecień dalibóg! marzec! miesiąc po styczniu nowy krok!

2008

grudzień listopad sropad październik srernik vrzesień sierrrpień rypiec czerwiec ajajaj nadszedł maj kfiecień marzec lóty styczeń

2007

grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń

2006

grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń

2005

grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń

2004

grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń

2003

grudzień listopad październik wrzesień

| 2012-05-22

nasze nowe biuro okazało się patelnią. skwierczymy w nim radośnie, otwierając, co się da: okna, drzwi, pocztę, czasem szeroko oczy. od niektórych czynności nawet powstaje przeciąg. swoją drogą, maj jest wyjątkowo upalny.

w "łysym pingwinie" struto mnie browarem. wiem, że brzmi to nieprawdopodobnie, ale tż w sposób nieprawdopodobny postępuje deprecjacja przemysłowego piwa (przemysłowego = dużych browarów). powzięłam postanowienie, ze odtąd w knajpie wyłącznie z butelki, najchętniej lokalnego pochodzenia.

sroczka otrzymała bardzo spóźniony prezent urodzinowy, przebrany za doktora proktologa. nasza wyobraźnia przeraża czasem nas samych.

poza tym zakładam kolejną firmę. tak, wiem, ha ha.

kotoju

23:30:46 | skomentuj - (2) | up | down

| 2012-05-17

pocztówka z podróży: kochana hiszpanio!

dzisiaj odkryłam na karcie kredytowej poczynioną rezerwację biletu do grecji oraz dwie rezerwację samochodów, hertz madrid, z dzisiaj i wczoraj. oczywiście, od razu założyłam blokadę (czyli mam obciętą jedną z możliwości płatniczych) i zrobiłam reklamację. ciekawe, ile się będę musiała bujać? czy ubezpieczenie pokryje?

ciekawa jestem, gdzie sprytnie zrobili skan mojej karty i czy ktoś podejrzał mój pin, bo wtedy to podejrzewam, że będę mogła się bujać.

kotoju

21:36:45 | skomentuj - (5) | up | down

| 2012-05-16

drugi dzień po urlopie jest jeszcze gorszy.

mam pretensje do wszystkich.

ale chyba mam prawo, bo w sumie moj dzień pracy trwał 11 godzin. zasłużyłam na łyski.

jeśli kto zechciałby wziąć mnie na rehab, to niech mi zapewni pierwej godziwe utrzymanie. chociaż mogłam być sprytna i rezolutna i zapewnić sobie w latach młodości dupą jachty pełnomorskie! teraz jednakowoż moje żądanie może wzbudzać jedynie parsknięcia rozbawienia.

czyli - zostaje mi łyski i jutro apiat' do roboty.

kotoju

03:05:28 | skomentuj - (1) | up | down

| 2012-05-14

pierwszy dzień po urlopie jest jak opad radioaktywnego deszczu. niby jeszcze jesteś OK, ale już wzbierają mdłości, skóra się łuszczy, a w skrzynce znajdujesz reklamę hospicjum i domu pogrzebowego.

mój boże! zdążyłam dzisiaj znienawidzić kolejną setkę ludzi. całe szczęście, wkroczyłam w ten dzień na fali poprzedniego dnia pt. Knajpa z Przygodami (featuring: Zagubiony Pierdzionek i Zbuntowana Żona aka "nikt-mnie-siłą-nie-będzie-wsadzał-do-samochodu"). dalej w trakcie dzisiejszości zdarzyła się opowieść o reklamie firmy elektrycznej, w której, jak to w branży budowlanej, występowała Półnaga Baba Ze Cycem, a napis głosił: Dajemy za darmo ci-puszki (w miejscu myślnika należy sobie wyobrazić mini-mini spacyjkę). dzień zakończył się nabyciem 8 neonków i 2 kirysków. poza tym jezdem na diecie "żryj kurz" od dzisiej, gdyż nie mieszczę się w nic prócz drzwi wejściowych. znając swój hedonizm, wytrzymam trzy dni, ale na wsjej słuczaj uprasza się o trzymanie kciuków swoich, rodziny i przyjaciół. może pomoże (pomorze).

kotoju

22:17:37 | skomentuj - (4) | up | down

| 2012-05-13

nie jestem jedyna, nie jestem wyjątkowa. takich jak ja jest więcej.

jest więcej ludzi, którzy fantazjują o końcu świata.

nie mogę powiedzieć, że to jest mój mokry sen, ale prawie się ocieram o perwersję. jeszcze bez seksualnego zabarwienia, ale już z dużą dawką przyjemności.

onegdaj wstukałam w gugle "koniec świata" i wyskoczył mi zbiór opowiadań "wastelands", otwarty piękną nowelką kinga, jak to chuj wszystkich ludzi trafia. dalej było dobrze albo gorzej (niektórzy ludzie wyobrażają sobie, że koniec świata jest wtedy, jak im kto bliski umiera. no kurwa, no. litości). niemniej jednak poczułam się pocieszona, że takich jak ja, zafascynowanych życiem jak już wszystkich wokoło wybije, jest sporo! redakcja poleca lekturę, aczkolwiek nie wiem, czy tomik był tłumaczony.

nie jestem ewenementem. uwaga! ja mogę zapoczątkować ruch społeczny. drżyjcie, kurwa, idioci i hindusi. wasz kres może nadejść w każdej chwili. być możę założę bractwo Końcoświatowszczyków.

jak se kupię wibrator, nazwę go "apokalipsa".

kotoju

22:59:02 | skomentuj - (1) | up | down

| 2012-05-07

tłusty andaluzyjski księżyc na dobranoc. ręka mi drgła, więc niewyraźny. good night and good luck!

kotoju

02:24:54 | skomentuj - (0) | up | down

zero siedem zgłoś się | 2012-05-06

pełnia nad morzem w torremolinos. fale szumią jak nad bałtykiem, a na niebie świeci księżyc w największym perygeum. estoy muy contenta.

jak zwykle, podróżujemy w anomalie, a może to my przywozimy anomalie ze sobą? w polsze plus trzydzieści, w sewilli czternaście, a taksówkarz, z którym trudno się porozumieć, bo jest wyłącznie hiszpańskojęzyczny, a my nie bardzo hablamos, mówi, że dawno tak nie było zimno, i to jest nienormalne. wspominamy tunezję, gdy tubylcy mówili, że nie pamiętają, kiedy ostatnio tak było zimno w marcu oraz pierwszy wyjazd do rzymu z najzimniejszym marcem w pamięci naszego gospodarza francesco od wielu, wielu lat.

w torremolinos trafiamy na jeden z nielicznych deszczowych i zimnych dni w roku. wynajmujemy pokój, szumnie zwany apartamentem, za psie pieniądze o krok od plaży. siedzę więc w swetrze na balkonie, temperatura powoli się podnosi od przyjezdnych 17 stopni i pasę oczy pełnią, na bogato rozlaną po morzu jak sadzone jajo na patelni.

tegoroczny wypad rozczarował mnie barceloną. ludzie w tym mieście pozamieniali się na chuje z głowami, jeśli chodzi o ceny jedzenia. od ostatniej naszej wizyty owe poszły w górę o 100%, a jakość spadła o 50%. skutkiem czego pewnego wieczoru nakupiliśmy z współbratymcami (aka „bazarki”) krewetków, langustynek i małży na lokalnym ryneczku i następnie wpieprzyliśmy je z bagietkami. i sosem uczynionym przez zdolne ręce. a potem odkryliśmy w bocznej uliczce w barcelonecie restaurant, w którym dają dobre jedzenie za rozsądne pieniądze. druga pyszna owca w hiszpanii, jaką jadłam, stek miękki i argentyński: zwie się przybytek iguasu, adres: c. almirante cervera n. 4. vale la pena! korzystajcie, póki się nie zepsują. albo ich nie przejmą ciapuchy, bo to jest generalnie tendencja tego miasta: hindusi przejmują wszystkie sklepy, restauracje i punkty z pamiątkami. następnie ceny idą do góry, a jakość w dół. nienawidzę brudasów jak psów, a od czasu, gdy po wyprawie do ich kraju jeszcze mi wycięli kawałek mnie, to nawet bardziej. chuje nie myte. a teraz psują nam europę. a te debile z zachodnich krajów zawodzą, jaki to islam zły. by się przyjrzeli lepiej brudasom ciapatym - to w nich jest prawdziwe zagrożenie.

aż nagle zlądowawszy w sewilli odkrywamy, że nie ma napływu obcego. z imigrantów widzieliśmy może ze dwóch murzynów z podrabianymi okularami i tyle. ceny żarcia wracają w granice normy, bary (oceniane pod względem ilości lokalesów kontra turystów na metr kwadrat) zaczynają serwować jedzenie świeże i smaczne, nikt nie napastuje „ola, masaje? quieres cerveza? cocaine?” i nagle robi się MIŁO.

my, europejczycy, nie jesteśmy przyzwyczajeni do obcego elementu, który akurat w europie musi zbudować swoją przyszłość i wykarmić całą wioskę, albo przynajmniej czteropokoleniową rodzinę. z ciotecznymi dziadkami włącznie. doprawdy, wyrzeczenie się przeze mnie swojej rodziny nie sprawi, że poczuję się zobligowana do utrzymywania gromady pakistańczyków, hindusów, filipinek, czy skąd oni tam są. świat jest pełen niesprawiedliwości – na przykład ja mogłabym popełniać zbrodnie, dusząc dzieci w wózkach w parkach, bo nie urodziłam się w norwegii i z defaultu nie dostałam możliwości pławienia się w dobrobycie wynikającym z tego, że przy fiordach ktoś kiedyś odkrył pokłady ropy naftowej i teraz każdy półrozgarnięty norweg może jechać w tych swoich topornych butach, za które nikt u nas w buthali nie dałby więcej niż 20 zł, a on za nie płaci w przeliczeniu na nasze 500 zł oraz w spodniach, wyglądających jeszcze gorzej od ubrania przeciętnego anglika, do hiszpanii albo tajlandii. no czemu, o losie, mi to nie było dane? i jeb, skręćmy kark kolejnemu niemowlęciu. i jeb, czujmy się winni za rzesze nielegalnych imigrantów, od których nie chcemy kupić pasków, okularów, piwa, masażu, cipy, chuja, narkotyków, kebaba i co tam jeszcze wymyślą, żeby tę swoją daleką rodzinę utrzymać.

sewilla była miłym miejscem, pełnym zieleni, knajpek i zabytków. w jednej z wąskich i krętych uliczek przez przypadek trafiliśmy na małe auditorio, gdzie nabyliśmy bilety na przedstawienie „canta, baila i guitarra”, które okazało się bardzo miłym i wysokopoziomowym krótkim teatrum z trzema artystami. na podstawie mojej znikomej znajomości hiszpańskiego byłam w stanie mniej więcej opowiedzieć konkubentowi historię przedstawianą przez tańczącą flamenco panią, śpiewającą andaluzyjskim głosem i klaszczącą inną panią (to jest niesamowite: kobiety na południu w hiszpanii rodzą się od razu z przepitymi głosami. słyszysz z tyłu: zjarana fajkami pięćdziesiątka. odwracasz się: a dziewczę nie ma piętnastu lat) oraz kolesia, który spieszył się na gitarze tak, że jak on zdążył obrobić te wszystkie trzydzieści strun tymi swoimi sześćdziesięcioma palcami, to ja do dzisiaj nie wiem. niestety, nie dawali do przeczytania libretto, żeby dowiedzieć się w trakcie, o co kaman. ale bardzo się cieszę, że nie poszliśmy na te wszystkie show z żarciem i piciem, oferowane w sklepikach pamiątkarskich. turystyczne miejsca – zło, zło, zło.

ale! wyładowaliśmy w torremolinos, w jednym z megaturystycznych kombinatów, pięć pięter wzwyż, hektar wszerz. wokół emeryci z balkonikami (na zamianę niemieccy i pierdzące tłuste pijane brytyjki w ostatnim porywie nadziei na złapanie bylejakiego kutasa, choćby i na jedną noc). żarcie – pożal się boże i modlę się, bym jutro nie srała dalej niż widziała. torremolinos! widziałam już podróbki dolczegabany i luja witą. czyham na rajbany i nie zawaham się ich kupić. siedzimy tu dwa dni z zamiarem regeneracji stópek po tygodniu zapierdalanda.

a potem wrócę do polszy. kocham hiszpanię, kocham andaluzję z jej winem z beczek. uwielbiam patrzeć, jak wszystko się zmienia z roku na rok. kocham też nasz zjebany kraj ze zjebami. macierewicz jednakże niech się czuje wykluczon z pokładów mojej miłości.

a tłuste odbicie pełni na morzu szumiącym świeci, świeci.

kotoju

01:19:06 | skomentuj - (3) | up | down

czytam


jachu owaki pan i władca oj gra multi-rege full-bandżo galaktyczny autostop dama z kociambrem ćjenć many? w nogi! albo do nogi... z daleka hardkor warszawska śledziona ;-) przykleiłam się młodzież taka ruska wódka popkornu nie żreć ruda z zamorskich krain fml od początku pan mareczek no właśnie?? pani znad sadzawki na kolana! yours kuźnia. po prostu kuźnia. też mam te perfumy nju lajf diss przez dziurkę od klucza lisboa man a właśnie że ma i to wiele! z ziemi rybackiej alamakota niezwykle popularnyj blogier bydlog rz sajkolodżikal mam słabość do kapeluszy hedonista samotny rewolwerowiec wariackie pingwiniątko żona pan doktór uć power

tu sie je!

pichcimy z uśmiechem