deżawu, jak mawiają amerykanie | 2009-11-18
przychodzi do mnie szef dzisiej i mówi:
- wiesz, moja żona i moja mama czytają taką gazetkę "pani", znasz (tu potwierdzam)? no i ja wczoraj z ciekawości otworzyłem i przejrzałem i wiesz? tam nic nie ma! normalnie nie ma nic interesującego! bo w takim "ckmie" to jest mnóstwo śmiesznych tekścików, można zawsze coś ciekawego przeczytać, a w tej "pani" to normanie nie ma nic! (tu się wtrANcam, że w ckmie są gołe baby, więc siłą rzeczy jest pisemko dla szefa bardziej interesujący) ale nie chodzi o gołe baby - końtynuuje szef - tylko o coś do poczytania! a jeszcze te zdjęcia... ze trzy strony były o butach za cztery tysiące albo torebkach za dwa... kto to kupuje, powiedz mi, albo dlaczego? po co?
i tu zbladłam. czy on czyta mojego bloga?
czy też o tej porze roku wszystkich nachodzą takie same reflenksje?
kotoju
16:47:26 | skomentuj - (2) | up | down
w charakterze zwłok znalazłam się wczoraj we krakowie. cóż! gdybym nie wypiła w towarzystwie olci dwóch butelek wina, z pewnością z drogi tamój pamiętałabym coś innego, niż błękit nieba obserwowany w rzadkich chwilach świadomości przez szklany dach lorda vadera.
inuś przyjęła nas we gościnne ramiona. natychmiast zaprzyjaźniłam się z jej kotką, niestety, jej kotka nie zaprzyjaźniła się ze mną, ale to mi doprawdy nie przeszkadzało w przyjaźnieniu się z nią. w końcu posiadam jakieś-tam życiowe doświadczenie w miłości bez wzajemności, które czasem trzeba ćwiczyć, żeby nie zapomnieć i się nie zadufać.
to był mój trzeci w życiu pobyt w krakowie. było miło. jakiś pijany pan szczał publicznie na drodze do kazimierza, który to okazał się miejscem mlekiem i knajpami płynącym.
uwielbiam krakowski akcent.
z powrotem wróciłam już o własnych rękach na własnym kółku. mgła ścieliła się upiornie po gierkówce, a tłum wielosamochodowy ograniczał rączość koni mechanicznych.
najbardziej nakurwiają mnie chuje (to nigdy nie są laski, kobiety posiadają jednak trochę więcej zwojów mózgowych, ale też brak dwóch włochatych kulek w gaciach obniża poziom niebezpiecznego hormonu, eliminującego debili - dzięki czemu więcej idotek dożywa sędziwej starości, by dręczyć rodziny), którzy traktują ulice jak gry wyścigówki i śmigają po naprawdę zatłoczonych pasach z trzeciego na pierwszy i z pierwszego na trzeci, zajeżdżając drogę innym. w tych momentach chciałabym mieć szczotgan. och, eksterminacja idiotów jest moim powołaniem.
jak dorosnę, chcę być likwidatorem.
kotoju
00:23:22 | skomentuj - (9) | up | down
we radyju leci czasem taka lekrama. pani zmysłowym głosem opowiada, że "twój styl" to ona może czytać godzinami. i ja się zastanawiam, to ona ślabizuje, czy jak? bo tak: załóżmy, że ten wytwór (nie pochodzi od to słowo w tym przypadku od "wytworny") ma jakieś 250 stron. połowa z tego to reklamy jakichś zajebiście drogich mazajów, którymi jak se dupę pociągniesz, to od razu się napięta jak baranie jajca zrobi. jedna czwarta to zdjęcia trzynastolatek w zajebiście drogich ubraniach w kolorach tak dziwnych, że nawet dla mnie są dziwne (należy pamiętać tutej, że zwykle mam fazę zen na kolorystykę z racji kłopotów z rozróżnianiem kolorów bądź ich nawet niewidzeneim czasami, więc nie przykładam zbytniej uwagi do zestawień kolorystycznych, z czym uparcie walczy końkubent). jakaś jedna ósma to zdjecia ludzi, z którymi się robi wywiad (w większości gdyby nie pudelek.pl to bym nie wiedziała, kto to). na resztę zostają: spis treści, okólnik zagajający od naczelnego, jakieś felietony, od których z dala czuć, że były wyciskane niczym bobek z zatwardzenia na noc przed oddaniem do druku no i wyyywiaaaadyyyy... kamera z przyklęku filmuje rozgwiazdę (to się nazywa żabia perspektywa), a rozgwiazda rozanielona informuje, jak se kuchnię urządziła albo jak się w wielkim świecie żyje. gdzie tu kurwa godziny czytania?? gdzie??
wiem, bo ostatnio byłam u fryzjera, to tę gazetę w dwadzieścia minut przeczytałam. a nie było nic innego, to musiałam.
w ogóle czad, że ktoś to kupuje.
no właśnie, kto to kupuje?
kotoju
16:10:58 | skomentuj - (6) | up | down
pomór, zaraza, czarna śmierdź.
czyli mam grypę (albo co).
z tej okazji zostałam w domu, ale nie oznacza to dnia bez pracy. o nie. ludzie kochają do mnie dzwonić. pocieszam się zatem, ogladając to i ovo.
mam takiego aliena, że obcy z ósmego pasażera nostromo jest przy mnie muszką owocówką. i jak ja mam uczestniczyć w życiu społecznym, gdy chwilowo najbardziej jarają mnie filmy z psychopatami oraz katastroficzne oraz książki o zagładzie?
kotoju
22:19:51 | skomentuj - (4) | up | down
dystrykt 9 absolutnie genialny. i, tak, obawiam się, że spotkanie z obcą cywilizacja może dokładnie tak wyglądać. dziedziczymy to w genach, jeśli ktoś jest obcy, należy go zabić. podobno tylko szympansy tak jak ludzie zabijają bez powodu, ot tak. ale stado wróbli też potrafi zadziobać kanarka z powodu inności.
weekend filmowy. powtórka gnijącej panny młodej, z krwi flaków i apokalipsy oprócz dystryktu dziewięć także wanted. watchmen (oby spełnili wysoką poprzeczkę komiksu) zostawiam na później.
alien nieokiełznany, im mniej widzę ludzi, tym lepiej. załoga skompletowana, różne rzeczy dograne, zostaje jeden pierdolut do szycia.
lubię czasami, gdy nic się nie dzieje. ostatnio nie mam zbyt wiele szans na to. a przecież tylko cisza i samotność pozwalają na prawdziwy odpoczynek.
kotoju
00:52:10 | skomentuj - (2) | up | down
dziś zaś sprawdziłam, czy jest mi pisane nurkowanie. na próbę zeszłam w osprzęcie na basenie. odmiennie do motóra, podczas pierwszej próby gromadka nurkowa się dopytywała, czy aby na pewno nigdy nie nurkowałam. z butlą - nie. dobrze jest stwierdzić, że się ma do czegoś talent jednak.
takie moje jeszcze jedno z dawien dawna "kiedyś bym chciała".
dziś mi się śniła bunia. we śnie zaatakowowała mnie znów, czemu jestem taka, a nie inna, czemu jestem uparta, czemu nie umiem przyznać się do błędów i co ja sobie wyobrażam, tak się nie odzywać. nawet nie jestem sobie w stanie wyobrazić, co moja podświadomość ma na myśli. tak, żal mi wieloletniej przyjaźni. nie, nie żal mi czasu niestraconego na tłumaczeniu się, że nie jestem wielbłądem. przyjaźn polega na tym, że się drugą osobę wspiera, a nie próbuje się ją ustawić tak, by była naszym zdaniem szczęśliwa i w życiu nie popełniała więcej błędów.
motto nieustanne: "wszyscy chcą naszego dobra. nie dajmy go sobie odebrać".
kotoju
01:11:44 | skomentuj - (2) | up | down
jechałam dziś bez trzymanki. co prawda nie na tylnym kole, no ale od czegoś trzeba zacząć! badnews: kontynuacja kursu w przyszłym roku, mróz ściął nie tylko serca, ale też jajca instruktorów, którzy pod pozorem "i tak nie dasz rady zdać w tym roku" przerzucili mnie na rok przyjszły, jeśli chodzi o jazdy po mieście (tak! zakwalifikowałam się! w końcu). nie wzbraniałam się zbytnio, gdyż po powrocie do domu objawił się w lustrze pysk sczerwieniały mimo ochrony kaskiem. wolę jednak pozostać urodziwa, niż wyedukowana. operacje plastyczne są chwilowo za drogie. choć jak dziś pamiętam, że po dziesięciogodzinnej przejażdżce skuterami śnieżnymi po szpicbergenie przez tydzień miałam na paszczy urokliwe purpurowe plamy. oh man, to dopiero było przerażenie, że zostanie na weki weków.
jutro rozmowa z pierwszym z pracowników.
dzieje się. jesteśmy zaabsorbowani drzwiami, tapetami, i innymi -ami. wszystko zmierza - ku nowemu.
(ostatnio w telewizji zobaczyliśmy kupione w te wakacje, a wciąż budowane, mieszkanie w gdańsku. widok był pyszny)
kotoju